Nie taka sesja straszna...
SESJA – System Eliminacji Studentów Jest Aktywny.Większość z Was właśnie prowadzi intensywne zmagania z owym systemem. Ale jako że system idealny nie jest, po większych lub mniejszych przygodach uda Wam się wyjść cało z tego starcia. A potyczki z wykładowcami i dziekanatem będziecie wspominać z uśmiechem na ustach.
Anna Wiśniowska, absolwentka weterynarii na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie:
Siedziałyśmy od godziny dziewiątej rano na korytarzu, czekając na egzamin ustny z patofizjologii. Mijało nas wiele osób, m.in. starsza pani profesor. Podeszła do nas i pyta się, co zdajemy? Pochwaliłyśmy się, pani profesor pokiwała ze zrozumieniem głową i udała się do swojego gabinetu. Około godziny osiemnastej wspomniana nestorka ponownie zmierzała korytarzem, tym razem w drodze do domu. Tymczasem nasza paczka wciąż kwitła tam w najlepsze. Pani profesor podeszła do nas i z pełnym oburzeniem zapytała: „Jak to?! Jeszcze was nie zapytał?!”. Odwróciła się na pięcie i udała się wprost do egzaminującego nas profesora. Nie było jej kilka chwil, po czym wyszła uśmiechnięta, podeszła do nas, mrugnęła szelmowsko okiem i konspiracyjnym szeptem sprzedała informację: „Krzywdy wam nie zrobi”.Do tej pory nie wiemy, co powiedziała koledze po fachu, ale jej słowa były prorocze. W taki oto sposób zdałyśmy u jednego z największych pogromców na naszej uczelni.
Marek Misiak, absolwent polonistyki na UWr:
Dwóch studentów zdawało ustny egzamin poprawkowy w gabinecie jednego z wykładowców. Egzaminujący pozwolił im wylosować pytania, wskazał, gdzie mają usiąść… po czym wyszedł, zostawiając ich samych w gabinecie pełnym książek. Jeden ze studentów szybko zauważył, że leżący na biurku podręcznik to właśnie ten, z którego się uczyli. Gdy jednak chwycił książkę i spróbował ją otworzyć, przeraził się. Miała nierozcięte kartki – wszystkie z wyjątkiem dwóch, na które profesor nakleił kartkę z czerwonym napisem: NAWET O TYM NIE MYŚLCIE.
Magda, III rok budownictwa:
Znajoma opowiadała, jak bodajże na drugim roku studiów jej grupa zadawała egzamin ustny z fizyki. Miał być wyjątkowo trudny, więc każdy przyszedł mocno obkuty. Do drzwi zapukała pierwsza osoba. Wchodzi i od progu atakuje ją głos profesora: „Jakim prawem tutaj wchodzisz?!”. Student oniemiał, zaczął tłumaczyć, że przyszedł na egzamin, lecz wykładowca przerwał mu w pół zdania i wyprosił z pokoju, zawiadamiając, że zaliczenia nie dostanie i zaprasza nieszczęsnego studenta na poprawkę. Pojawiła się lekka konsternacja. Jako druga odważnie zapukała dziewczyna. Odczekała aż usłyszy wyraźne pozwolenie na wejście i otworzyła drzwi. Lecz i tym razem historia się powtórzyła. W ten sposób oblało egzamin z dziesięć osób, aż jeden ze studentów wpadł na pewien pomysł. Zapukał, usłyszał „proszę” i zaraz potem słynne pytanie: „Jakim prawem tutaj wchodzisz?!”. „Prawem tarcia, Panie Profesorze” – padła odpowiedź. „Bardzo dobrze” – odparł w końcu usatysfakcjonowany wykładowca. „Możesz przystąpić do egzaminu”.
Aleksandra Dobrowolska, absolwentka fotografii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie:
Najgorszą sławą na naszych studiach ciszył się egzamin z historii sztuki. Doktor O. miał uroczy zwyczaj ogłaszania po każdym semestrze statystyk; zwykle wygrywał 70 do 30 – te siedemdziesiąt to poprawki we wrześniu… A ja rozchorowałam się na zapalenie oskrzeli trzy dni przed egzaminem. Ponieważ jednak miałam już konkretne plany wakacyjne, obejmujące także wrzesień, lekarzowi oznajmiłam, że muszę być na tym egzaminie. Dostałam dawkę antybiotyków jak dla słonia, pouczenie o konieczności bycia odpowiedzialną i diagnozę o głupocie – no, ale mogłam iść. Egzamin odbywał się „jeden na jednego”, więc najpierw wzbudziłam podziw reszty roku, oznajmiając, że wchodzę na początku, a potem, po wejściu do sali, oznajmiłam profesorowi, że mam: 39 stopni gorączki, zapalenie oskrzeli, zaklepaną pracę w Irlandii i, oczywiście, pełen zasób wymaganej wiedzy. Profesor stwierdził, że ma: 38 stopni gorączki, bliżej nie określoną infekcję oraz gotowy zestaw pytań. Omówiliśmy zatem renesansowe malarstwo, nietypowe przykłady architektury wczesnobarokowej w Europie, antybiotyki, które bierzemy, i moją głupotę. Zaliczyłam, bo dostawałam silniejszy lek (no i coś jednak też umiałam…).
Tomasz Olszewski, V rok Informationstechnik, Fachhochschule Dortmund:
Historia dotyczy przedmiotu humanistycznego, nazwy już nie pomnę, dotyczącego sztuki autoprezentacji. Naszym zadaniem zaliczeniowym było przygotowanie dziesięciominutowej prezentacji na dowolny temat i zreferowanie go na forum grupy. Wykładowca filmował wszystkie nasze wystąpienia i później na konkretnych przykładach pokazywał, co zrobiliśmy źle, a co dobrze. Problem w tym, że wybrałem sobie na temat prezentacji „zagrożenia ulicy”. Chcąc wypaść jak najlepiej, pożyczyłem od znajomych kilka „akcesoriów” i podczas prezentacji zacząłem po kolei wykładać na stół: kord obusieczny (długości ok. 42 cm), łańcuch, gaz pieprzowy, kastet, maczugę z kolcami, siekierę i dość profesjonalnie wyglądającego straszaka. Prowadzący, w miarę jak kolejne przedmioty pojawiały się na jego biurku, robił się coraz bardziej zielony. Przy mojej próbie załadowania ślepaków do straszaka wstał, wyłączył kamerę i z bladą twarzą podziękował za prezentację. Dostałem oczywiście pięć zero, choć z niewiadomych przyczyn wykładowca nie wybrał mojej prezentacji do ponownego odtworzenia.
Marek Rówieniec, absolwent mechaniki i budowy maszyn na PWr:
Jako doświadczony student, mający już za sobą jedenaście sesji i mieszkający w akademiku od 4 lat, przygotowywałem się do sesji, jak zawsze, poprzez kserowanie notatek i spisanie wszystkich terminów egzaminów. Zważywszy na to, że życie w akademiku jest czasami nieprzewidywalne, oczywiście zabrakło mi czasu na dokładne przygotowanie się do większości egzaminów, postanowiłem więc skupić się na przygotowaniu choć do jednego, najważniejszego z nich. Oczywiście jak na akademik przystało, nauka była ciężka: piłkarzyki, bilard, spotkania ze znajomymi, piwko. Szybciej niż przypuszczałem nastał sądny dzień i rozpoczęła się sesja. Budząc się pewnego dnia o 7.45, zorientowałem się, że mam egzamin na 8.00! Nie myśląc zbyt wiele, pobiegłem na Politechnikę, wbiegłem na salę wykładową, nie zważając na nic wyjąłem kartkę, podpisałem się i czekałem na pytania. Po chwili bardzo się zdziwiłem, gdyż trafiłem na egzamin z chemii organicznej, gdy tymczasem byłem przygotowany na pytania z technik wytwarzania.
Dominik Haus, IV rok medycyny:
Kiedy trzeba przysiąść i się uczyć, człowiek znajduje tysiące ciekawszych rzeczy i robi wszystko, byle tylko nie siedzieć nad książkami. Pamiętam, że egzamin z biologii na pierwszym roku mieliśmy we wtorek, więc wraz ze współlokatorami rozpoczęliśmy naukę w piątek po południu. Jak rozpoczęliśmy? Ano gruntownym wysprzątaniem pokoju, rozmrożeniem lodówki itd. (sesja zawsze jest najlepszą porą na porządki, bo człowiek się chwyta wszystkiego oprócz książek). Jakby tego było mało, w niedzielę wieczorem była awaria prądu w akademiku, więc nie było nauki, no bo bez światła to nie bardzo. Usiedliśmy więc na korytarzu akademika z sąsiadami, wzięliśmy gitarę i zaczęliśmy sobie śpiewać. Co najciekawsze – egzamin zdaliśmy.Innym razem wpadłem. To był maj, kolokwium zaliczeniowe z histologii. Wiadomo było, że test się powtarza, jedynie niektóre odpowiedzi się zmieniają. No więc, jak to na I roku, kiedy człowiek jeszcze się przejmował, podszedłem do sprawy ambitnie i postanowiłem uczyć się z podręcznika. Przeczytałem, a raczej zmęczyłem całą książkę i w ostatni dzień przeleciałem test. I co? Oczywiście oblałem, a znajomi, którzy 2-3 dni siedzieli i przerobili test (w sensie nie wykuli na pamięć, tylko zrobili wszystkie możliwe odpowiedzi pod te pytania) – zdali. Oczywiście tą metodą uczyłem się do poprawki, którą zaliczyłem, a pół roku później ucząc się w ten sposób do egzaminu tylko dwa dni, udało mi się zdać na 5. Jak więc widać na tym przykładzie – powiedzenie „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu” jest w 100% prawdziwe…
Ania, III rok rosjoznawstwa:
Zaskakująca sytuacja przytrafiła się mojemu koledze na egzaminie ustnym z historii Rosji. Najpierw profesor spóźnił się około czterdziestu minut, a potem zaczął „na szybko” przepytywać studentów. Po trzy pytania i do widzenia. Znajomy, jak zwykle średnio przygotowany, otrzymał pytania, na które, rzecz jasna, nie znał odpowiedzi. Wykładowca spojrzał na jego zniechęconą minę i zapytał: „Masz zamiar odpowiadać, czy chcesz tróję?” Chłopak uśmiechnął się i podał indeks, a wykładowca skwitował sytuację słowami: „I to jest męska decyzja”.
Agnieszka Kłoczko, IV rok architektury, Politechnika Wrocławska:
Podczas mojego pobytu na Erasmusie we Włoszech miałam egzamin i musiałam obronić swój projekt. Traktowałam ten kurs tak na odczepkę, projekt mi się nie podobał i trochę dla świętego spokoju zrobiłam go tak, jak kazał mi prowadzący. Po czym na egzaminie padło pytanie, czy podoba mi się mój projekt. Ja na to, że generalnie to nie lubię takiej architektury (czego nigdy w życiu nie powinnam była mówić, bo to mój projekt i powinnam go bronić), więc prowadzący się wkurzył, zaczął mówić, że jeśli mi się to nie podoba, to znaczy, że w ogóle nie uważałam na zajęciach itp. Gdy tylko zdałam sobie sprawę z tego, co strasznego zrobiłam, zaczęłam myśleć, jak wybrnąć z tej sytuacji. Chwytając się ostatniej deski ratunku, wypaliłam, że generalnie to nie to miałam na myśli, ale może się nie zrozumieliśmy przez mój włoski. Na co wykładowca odpowiedział: „Aha, no to faktycznie, żałuję, że nie umiem lepiej mówić po angielsku, moglibyśmy się dogadać na równym poziomie”. Po czym przyznał mi… maksimum punktów!
Łukasz Wadowski, III rok prawa na UWr:
Podczas jednego z egzaminów ustnych przekonałem się, że łaskawość egzaminatorów nie ma granic. Na egzamin przyszedłem obkuty jak się patrzy. Na dwa pytania odpowiedziałem śpiewająco, ale po przeczytaniu trzeciego zbaraniałem. Nie tylko nie byłem w stanie odpowiedzieć: nie zrozumiałem nawet pytania. Drżącym głosem zwierzyłem się z tego egzaminatorowi. Wówczas ku mojemu zdumieniu usłyszałem: „Umówmy się tak: nauczy się pan tylko tego jednego zagadnienia, zreferuje mi je pan na II terminie za dwa tygodnie i postawię panu 4,5”. Jak powiedział, tak się stało…
Wysłuchali: Katarzyna Kuśmider, Marek Misiak, Maciej Zasada