Zaoczny szuka pracy
Młody, ambitny człowiek, który wyjechał z małej miejscowości w „wielki świat”, by studiować, ale i poznać smak samodzielnej pracy, na początku kariery zadowoli się każdym stanowiskiem. Byle przyzwoicie zarobił i był w miarę dobrze traktowany. Wymagania raczej niewielkie, tymczasem znalezienie pracy, która by je spełniała, okazuje się niełatwe.
30 października – tego dnia miarka się przebrała. Michał, zaoczny student dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, złożył w pracy wypowiedzenie. Jak można się spodziewać, nie była to praca w redakcji znanej gazety czy rozgłośni radiowej… Taki student pracuje przecież najczęściej fizycznie, w systemie trzyzmianowym.
Na dźwigu
– Pensja? Szkoda gadać! Jeśli odliczymy opłatę za mieszkanie 600 zł i mniej więcej trzy stówy miesięcznie za studia, to zostaje bardzo niewiele. Ale nie tylko o to poszło. Praca w magazynie sama w sobie była bardzo niebezpieczna: – Wsiadasz do kosza zaczepionego do wideł na wózku widłowym, twoje życie zależy w tym momencie od umiejętności prowadzącego maszynę i niezawodności sprzętu. Reszta obowiązków to czynności logistyczne, czyli zbieranie towaru zgodnie z jego lokalizacją. Warto tylko dodać, że niektóre prace wykonywane są na wysokości 10 metrów bez żadnych zabezpieczeń… Najgorsze było jednak traktowanie pracowników przez przełożonych: – Przychodziłem do domu po ośmiu godzinach, spałem dwanaście, jadłem i znów do pracy. Mam 21 lat, a w brygadzie byli ludzie nawet 60-letni, którzy nie pracowali wcale lżej. Po roku tej katorgi i wysłuchiwania ciągłych obietnic o podwyżce postanowił odejść:– Może faktycznie decyzja była zbyt pochopna, tym bardziej że nie miałem nagranej innej roboty… Za to miałem dużo czasu na rozmyślanie: przecież na studiach zaocznych miało być lepiej – wiesz, własna kasa, praktycznie całkowita niezależność.
W logistyce
Mając takie doświadczenie, Michał znowu szukał pracy „w logistyce”. Udało się bardzo szybko, bo już po tygodniu. Stanowisko nazywało się ładnie: pracownik magazynowo-biurowy, a i godziny pracy były w porządku: 8-16. – Pomyślałem: marzenie! Stałe godziny pracy, dobra pensja, nawet dojazd jednym autobusem – wszystko idealnie! Praca okazała się mniej fizyczna, za to bardzo odpowiedzialna. Oprócz przerzucania belek z pianką przemysłową Michał odpowiadał za przyjęcie towaru, wysyłkę, inwentaryzację… – Dla porównania powiem tylko, że w poprzednim magazynie, w którym pracowałem, na każdym z tych wymienionych stanowisk pracowały 3-4 osoby! Szybko się okazało, że kiedy reszta pracowników o 16 wychodziła do domu, on musiał pracować do 18.30, a do tego na końcu razem z ochroniarzem sprawdzał, czy wszystko jest pozamykane. – Dlaczego na tym cholernym stanowisku byłem sam – nie wiem! Szefowa podkreślała, że poprzedni pracownik dawał sobie radę, a ja pomyślałem tylko, czemu w takim razie już u nich nie pracuje… Epizod trwał trzy miesiące, bo jedynym pozytywnym aspektem okazały się pieniądze. – Ale co z tego, że zarabiałem w miarę dobrze, skoro nie miałem czasu wydawać tej kasy? Jeszcze te soboty pracujące, które kolidowały co dwa tygodnie ze szkołą – przegięcie. Zwalniać się z pracy czy może odpuszczać sobie szkołę? Takie dylematy co dwa tygodnie! Do tego na nic nie miałem czasu – szkoda gadać. Po okresie próbnym Michał podziękował więc za współpracę.
Konsultant
Dotychczasowe doświadczenie popchnęło go w nowym kierunku: – Miałem już dość tych realiów magazynowych, bo jak nie wulgarne otoczenie, to rozmowy ze ścianami…Szybko więc przerzucił swoje zainteresowania na pracę biurową. Mniej więcej półtora miesiąca od porzucenia poprzedniej pracy udało się wreszcie znaleźć nową, wymarzoną, w idealnych stałych godzinach. Stanowisko konsultanta do spraw sprzedaży brzmiało obiecująco. Na początek tygodniowe szkolenie w Warszawie, co oczywiście jest dużą atrakcją dla młodego człowieka. – Idąc na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną, praktycznie nie wiedziałem, czym „moja” firma się zajmuje. Po tygodniu szkolenia wierzyłem, że są liderem rynku w swojej branży i mają nieskazitelną reputację, a dla mnie jako konsultanta nie liczy się nic oprócz jednego słowa: wynik. Ale nagle od starszych stażem kolegów usłyszałem, że to szkolenie to jeden wielki zakłamany PR, a ideologia firmy to kłamstwo. Że jako pracownik jestem okłamywany i sam muszę okłamywać klientów. Zasady były proste: sprzedajesz – zarabiasz, nie sprzedajesz – nie zarabiasz. Jak się okazało w praktyce, sprzedawanie nie przynosiło wielkich dochodów, jednak Michał o tej pracy nie mówi źle: – Dawno się tak nie czułem: dzwonię, rozmawiam i czuję, że staję się w tym coraz lepszy. Cieszę się, gdy uda mi się sprzedać – to naprawdę mobilizuje i daje satysfakcję, taka umiejętność dotarcia do odbiorcy. Oczywiście staram się działać moralnie, choć czasem obrywa mi się za to… Nie wiąże z tą pracą przyszłości z prostego powodu: nie potrafię kłamać. A awans w tej firmie zdecydowanie tego wymaga.
Dylematy
Michał ma dopiero 21 lat i nie jest przekonany, czy dobrze wybrał: – Może lepiej by było, gdybym poszedł na studia dzienne? Nie martwiłbym się o nic i nie tkwił w tym syfie! Wie jednak, że zdobyte doświadczenie, spotkania ze specjalistami, konsultantami, rozmowy z bardzo różnymi ludźmi są cenne w pracy przyszłego dziennikarza. – Staram się patrzeć na to tak: mam za sobą rozmowy z szefami firm jednoosobowych i z szefami wielkich korporacji, uczę się tych i tych rozumieć, tym i tym staram się dać to, czego potrzebują – to trochę obycie w wielkim świecie… Mimo że doświadczył różnego traktowania, zna swoją wartość:–Wiem, że jestem dobry. Na razie nie mam problemów z nauką, w każdej pracy w jakiś sposób się odnalazłem, potrzebuję tylko zarobić na podstawowe rzeczy i chcę mieć trochę czasu dla siebie – to wszystko. Nie rezygnuje z marzeń. Żeby tylko świat pracy, z którym musi się zetknąć student zaoczny, nie zabił w nim zapału potrzebnego do późniejszej, pewnie bardziej satysfakcjonującej pracy dziennikarza.
Michał Osadców